WIGILIA I znowu ta jedna noc struchlała. Jeszcze raz świąteczna pora nastała, W szukaniu gwiazdy tej pierwszej, Ścigamy się w orędowaniu najśmielszej. Już zapach karpia w domu gości. Barszcz ciepły znów do stołu prosi. Przypomina życzeń dobrych dźwięk. Porę święci świątecznej zastawy brzęk. Chwila jedna, a pamiętana rok cały, Kolędy śpiewane tak by dusze grały. Nakrycie jeszcze jedno na stole puste, By następne lata szczęściem były tłuste. Bóg się nam rodzi rankiem powiadają, Na nowo nadzieję w niebie nam dają. Dziś należy wspomnieć cud raz jeszcze, O dobre życzenia i ja się dziś zatroszczę... Rozdział X W suficie powstała dziura. Fragmenty glinki poodpryskiwały z takim im-petem, że zrobiły dziury również w szybach, nie tłukąc ich całych tylko robiąc otwory podobne do tych powstałych od kul w oknach mobilów filmowych gangsterów. Dziury z centrycznymi pęknięciami i krótkimi rysami odchodzącymi od otworów powstały w szybach tylko tych od wewnątrz, najwyraźniej prędkość wytracając na tyle, by drugie, od zewnątrz, roztrzaskać tuż za granicą prędkości amplitudy drgań szyby, tym samym przemieniając w szklaną sieczkę i rzucając wszystkie kawałki szkła na podwórze z towarzyszącym, oczywiście głośnym brzękiem. Dziury powstały w wielu miejscach, jednak wyraźnie nie w tej części pokoju, w której stał Benet. Ściany były skonstruowane z gipsowych płyt, więc stopień plastyczności i sprężystości był inny od cegły i szkła, w związku z czym zamortyzowały uderzenia kawałków. Fragmenty torusa zatrzymały się już na ocieplających ścianki watach mineralnych, robiąc w nich jedynie niewielkie wgłębienia przypominające te w poduszkach starych kanap i foteli. Sprawa z sufitem wyglądała nieco inaczej. Mimo, że budowany był z tych samych materiałów, co ściany, a wata tam była położona grubszą warstwą, to miejsce odebrawszy główną siłę uderzenia stało się prawdziwym pobojowiskiem. Gipsowe płyty sufitu mocowane były, podobnie jak ściany, na lekkim metalowym stelażu. Na jedną z takich szyn trafił właśnie pierścień reflektora wyginając ją pod kątem dobrze dziesięciu stopni i najpewniej zrywając z zakotwiczeń w głównych szynach konstrukcji nośnej, a sam zawijając się wokół niej niesymetrycznie. Pył powstały z kruszonego gipsu jeszcze unosił się w powietrzu powoli opadając. Benet podszedł do okna z chrzęstem stawiając stopy na podłodze usianej fragmentami gipsu, gliny oraz szkła. Spojrzał przez nie śledząc, gdzie uderzyły kawałki reflektora. W ścianie naprzeciwko pod kątem powstały ryte szramy znaczone na końcu dziurami z różowawymi stożkami nadtopionej gliny pośrodku kończących rysy wgłębień. - „Rozgrzały się przez tarcie na tyle, że ta odrobina gliny zdążyła się powypalać”. - Wyjaśnił wspomagator. - „Ale ta dziura w suficie powinna by być wtedy chyba większa”. - „Niekoniecznie. Niestabilność pola grawitacyjnego zmieniła masę na moment tych kawałeczków. One przefruwały prze pole wytworzone właśnie przez reflektor, on sam natomiast uciekał od zmienionego pola jedynie pchany tą niestabilnością. - „Jakim cudem, przecież te drobiny powstały dopiero po zniszczeniu samego reflektora...” - „Owszem. Tylko że sama niestabilność przetrwała zapadając się oczywiście w tym czasie przez jeszcze parę dziesiętnych sekund.” - „Aż strach pomyśleć, co by się wydarzyło, gdyby pole było wytworzone przez lepszy torus, przez większe napięcie i by się nie zapadało, tylko trwało...” -„...Pewno nic. Musi się zapadać, by coś się takiego wydarzyło”. - „No to przy na przykład prostym wyłączeniu napięcia, albo gwałtow-nym obniżeniu wartości podawanej energii na torus...” - „...dokładnie to, co sobie wyobrażasz. Przy większych wartościach taka hipotetyczny okruch glinki nie tylko by się stopił, ale miażdżony przyspieszeniem zmieniłby się w małą gęstą chmurkę plazmy pędzącej z prędkością prawdopodobnie relatywistyczną i najpewniej niemal od razu ją osiągając.” - No dobrze, a jak wy chronicie takie induktory przed przypadkowym zawieruszeniem się jakiejś masy w nieodpowiednim miejscu i w nie odpowiednim czasie?” - „Rozpinamy klosze wokół samych reflektorów. Szczelnie zamknięte, twarde, wytrzymujące ciśnienie sił grawitacyjnych powodowanych przez same reflektory wewnątrz i ciśnienia środowiska zewnętrznego...” - „Ach, rozumiem. Próżnia”. - Przerwał domyślając się, do czego zmierza. - „...dokładnie. Przy większych zmianach pola sam gaz atmosferyczny byłby zagrożeniem”. Benet odszedł od okna i rozejrzał się jeszcze raz po pobojowisku. - „Mogłem zginąć”. - „Raczej nie”. - Co? - Obruszył się Benet głośno wypowiadając z niedowierzaniem. - „Spokojnie. Pamiętasz jak kazałem ci rzucać?” - „Tak” - odpowiedział już jednomyślą. - „Zresztą spójrz na pokój, gdzie są dziury, a gdzie ich nie ma, to wszyst-ko wyjaśni”. - „...I co dalej?” - „Zbudujesz trzy następne, identyczne”. - „I?” - „Zamontujesz je na ramie, potem dołożysz jeden od tyłu i tak powstanie prymitywny grawilot. Będzie latał wolno, a spadki natężeń pól będą niewielkie”. - „Nie lepiej od razu...” - Nie. Na nim opracujemy wzory i wartości proporcji sił występujących wraz z energiami... ktoś stuka do nas”. - Przerwał wspomagator nagle zmieniając temat. - „Kto?” - „...Eftii” - odparł zdziwiony Gharthianin. - Witam, panowie. - Cześć. - Odpowiedzieli wespół. - Coś się dzieje? - Zapytał Benet. - No i to całkiem sporo... tylko będę musiał was o coś poprosić. - O co? - Zapytał wspomagator. - Wszystko, co wam teraz powiem, musi zostać między wami, albo raczej nie może się dowiedzieć o tym Dohsa... - O.K. - ...I jeszcze jedno. - Przekażcie Sebastianowiczowi i Musiał. - O.K. - ... © by benetobi |2006-12-23 17:21:29| skomentuj (1) IDEA Drzwi ukradkiem myśli uchylone, Zrozumieniem w logice rozpalone. Szemrze pomysł w nowym pomyśle. Każda idea, co do jednej niezawisłe. Obcy błysk i zmarł, nagle, i gaśnie. Na ponów wraca, jak nie na zawsze Gdzieś zapomniane bezpowrotnie, Martwe ziarno siane i stokrotnie. Mędrców miliony szarymi zostają. O ideach niepochwyconych śpiewają. Einsteina nieznanego nie wspomnisz. Bacha nieurodzonego zapomnisz. * * * Wasilewski spał. Nie chciał go budzić, więc zaprzęgną jedynie wynajmowaną swoją część jego mózgu. Odbierał pakiet informacji z centrali. Informacje wyraźnie podawał mu ktoś obcy. Nikt ze znanych mu henghalów. W zasadzie był nawet pewien, że rys tożsamości tamtego spotyka w subprzestrzeni intermentalnej po raz pierwszy, i chyba był on zupełnie nowy, bo robił to dość niezgrabnie, jakby po raz pierwszy w ogóle. Informacje istotne pomieszał tak, że część znalazła się w katalogach odnośników, a w głównym, tam gdzie powinny się znaleźć te pierwsze, były odnośniki, a nawet rzeczy kompletnie niepotrzebne, po prostu śmieci. Taki swoisty galimatias, szum informacyjny. Warhi potem próbował się połączyć z synem, żeby się poskarżyć, ale był poza zasięgiem sieci. * * * Eftii natrafił na powidoki wyjątkowo ciekawych pozostałości informacji przesyłowych i zwykłych plików potwierdzeń odbioru. Gdzieś w tym systemie zainstalowano dodatkowy starego typu zestaw konsol. Co więcej, jak poczuł ten znajomy swąd kłopotów, to wiedział, czego jest to przedłużeniem, no i czego dalej, a co ważne, gdzie szukać. Siedział w salce publicznego dostępu do sieci w jednej z kabin. - „A niech mnie diabli...!” - Mruknął do siebie. Znalazł właśnie na dodatek cztery kwity przewozowe. Jeden na konsolę i trzy na osprzęt, wszystko poleciało gdzieś nie daleko od miejsca startu, bo były to zużycia energii stosunkowo niewielkie, czyli może to oznaczać nawet podróż wewnątrz systemową. Ślad wskazywał na emisję w tym kwadrancie. „...Kwadrant to spory szmat kosmosu. Blisko trzydzieści lat świetlnych w każdą stronę”. - myślał. Włączył kolejną aplikację tym razem z mapą. Skalibrował widok na jednym kwadrancie i kazał wyszukać żywe planety. Wyskoczyła liczba siedem. Pomyślał chwilę. „Zamieszkałe przez inteligentne stworzenia albo podejrzenia co do takich”. - Brzmiało kolejne pytanie do algorytmów mapy. Wyskoczyła liczba jeden. - „...Mam cię!” - Znowuż mruknął, tym razem z satysfakcją. Myślał dalej: „czyli to musi być tutaj i stąd brał sprzęt. A skoro stąd...” Wyłączył mapę i wyszukiwarkę śmieci. (Na nią starał się o zgodę. I dostał ją, od samego Apsalaha). Otworzył plik z raportami kontroli lotów. „...Jest. Dobrych parę lat temu, ale jest”. Porównał z datami kwitów. Zgadzało się. Po głowie zaczęła mu chodzić jeszcze jedna myśl; nie wiedział, skąd ten pomysł, ale wypróbował. Kazał wyszukać raporty wszystkich lotów tej niewielkiej awionetki, którą użyto właśnie do tego lotu cztery lata wcześniej i ukazała się długa, naprawdę długa lista lotów. Każda jednostka latająca w tak zamkniętym rejonie była zobowiązana zgłaszać lot do centrali kontroli lotów i musiała uzyskiwać zgodę na start. Proces był tak na prawdę automatyczny i nikt na bieżąco nad nim nie sprawował pieczy, ale zapis startu i dokowań, czy też lądowań, był zapisany i dostępny dla kontrolerów w każdym momencie. Systemy zamykano dla lotów cywilnych z różnych powodów, a stopień obostrzeń kontroli też był różny. Układ Słoneczny kontrolowany był w stopniu trzecim. Znaczyło to, że jednostki większe niż 10 lowów (gdzie 1 low odpowiadał wadze około 0,6 tony) nie mógł się zbliżyć na odległość mniejszą niż wewnętrzny pas planetoid, a mniejsze jednostki nie mogły podlecieć bliżej niż do orbity Marsa. Łączna suma cywilnych jednostek w systemie nie mogła przekroczyć dwudziestu siedmiu sztuk. Ponadto nie miały prawa posługiwać się innymi sposobami łączności niż bezpośrednia wiązka laserowa. Oprócz tego trzeciego, były jeszcze trzy stopnie ograniczeń. Pierwszy: gdzie zakazy przyjmowany ze względów bezpieczeństwa dla samych podróżnych. Szczególnie było to istotne przy gwiazdach o bardzo niestabilnej budowie, albo przy systemach z nieciągłościami hiperprzestrzennymi. Czwarty: to był stopień najlżejszy, w którym nie należało, jedynie zbliżać się do samej planety zamieszkałej przez istoty wspomagane. No i drugi: Taki gdzie wspomaganie było zagrożone, a gatunek miał jakąś formę wysoko rozwiniętej technologii i każde wykrycie przez niego odwiedzin mogło zachwiać całym procesem. Do drugiego stopnia było jeszcze na szczęście daleko i takie niewielkie stateczki jak awionetka typu JARHALA dostawała zgody bez żadnych większych utrudnień. Zapis więc był. Również i ten stateczek nie mógł być wyjątkiem w ewidencji. Tak jak podświadomie się spodziewał w niemal każdym locie był punkt wspólny, albo dla startu, albo lądowania. To jedynie opisany współrzędnymi punkt, ale na oko mógł określić, gdzie to jest. To pas planetoid między orbitą Marsa i Jowisza. Pozostało już tylko jedno. Sprawdzić, kto ją wynajął. Miał tyle danych na temat tej jednostki, że mógł trafić na najemcę po omacku. To już nie było szukanie igły w stogu siana, jak te kilka dni temu, gdy przyszedł przez Dohsę wcześniej niż chciał do Apsalaha i przyznawał się, czego szuka, na co natrafił i czego chce spróbować. Swoją drogą dobrze, że tak się stało, bo łapał dowody w locie, a nie z opóźnieniem, z jakim by docierały do niego, z pewnością gdyby nie wykorzystał sytuacji i nie zainicjował grupy między innymi właśnie po to by zbierać poszlaki z większą prędkością i dzięki większej ilości oczu..., uszu... i tak dalej. Oprócz Apsalaha był jeszcze ktoś, kto wiedział sporo, nie tyle co mistrz, ale naprawdę dużo. To był jego ojciec. Zastanawiał się chwilę jeszcze, komu te spostrzeżenia przedstawić jako pierwszemu. Zdecydował, że będzie to jego ojciec. Wyciągnął z fałdy szaty dwa hiperdyski i wszystko, co miał zapisane w pamięci tymczasowej, czyli to, co odkryło jego małe dochodzenie, wrzucił na nośniki. Odpowiednio wcześniej przekompilowując je z formatu intermentalnego na zwykły, cyfrowy. Chciał już wyjść, ale przypominając sobie coś, cofnął się i dla bezpieczeństwa swojej pracy pousuwał wszystkie ślady tej działalności. Wracał kolejno do wszystkich plików, w których grzebał. Powolutku, krok po kroku wymazywał ślady obecności. Nie musiał wchodzić głęboko w serce systemu tych plików. Znał sposoby, by robić to zdalnie menedżerem poleceń omijając skomplikowane procedury. Zresztą sam go kreował wcześniej do takich zabaw, jeszcze na studiach. Co prawda istniało ryzyko, że coś pominie i zostawi ślady, ale ufał, że ktoś kto mógłby być zainteresowany jego poszukiwaniami, będzie na tyle pewny swego, że nie zwróci na nie uwagi. Poza tym ów ktoś dał już przykład swej „staranności” w zabezpieczaniu własnych tyłów. Zważając na rasę, z której był jego podejrzany, nie było to dziwne. Szybko uporał się z tym jeszcze jednym zadaniem, jakie sobie narzucił i zamknął konsolę. Wyszedł z kabiny i ukłonił się jednemu z kolegów, który czekał na swoją kolej. To był znajomy, pracował zwykle na stanowisku drugim od niego licząc. Wolnym krokiem wracał do sekcji, w której pracował, by opowiedzieć ojcu, a potem Apsalahowi, co wygrzebał. © by benetobi |2006-11-25 13:17:10| skomentuj (0) NA NOWO. Kiedyś miałem sen… że to już było, I powiedziałem głośno co serce moje kryło. Kiedyś przestałem chcieć by coś wróciło. Dziś znów dojrzałem by na nowo się zrodziło. Kiedyś miałem sen… za nim będę biec, I powiedziałem głośno: Będę tego strzec Kiedyś nie chciałem, a znów zacząłem chcieć, Dziś znów kamienie w sercu przestały trzeć. Kiedyś miałem sen… o własnej bajce, I pomyślałem: o bogowie pieśń mą grajcie. dziś zmorom powiedziałem: nie wracajcie. Odeszły …szczęście to piękna rzecz. Słuchajcie! * * * Sebastianowicz stał na peronie „czwartym A”. Było pochmurno i chłodno, ale nie padało. Miał na sobie ten sam co zwykle prochowiec, a koło niego stała jego nowa torba podróżna. W sumie nie zamierzał długo bawić u rodziców, więc wziął ledwie dwie bluzy na krzyż i jedną parę spodni, pidżamę oraz trzy zmiany bielizny wraz z koszulami. - „Na piątek Będę z powrotem” - ustalił. Z dwie godziny wcześniej zadzwonił do domu. Odebrała matka. Zapowiedział, że przyjedzie. I tak oto stał teraz na dworcu marznąc. Pociąg spóźniał się jakieś pięć minut. Większość ludzi na peronie się już niecierpliwiła i co rusz ktoś wychodził za białą linię wyglądając za składem, który miał być podstawiony prawidłowo jakieś przynajmniej dziesięć minut przed terminem odjazdu, a nie po. Rozumiał ich... ...Sytuacja mogła być frustrująca zważywszy fakt, że ten pociąg do Wrocławia nie jechał przez, tylko od, tej stacji. Sam się nie spieszył, więc to opóźnienie w rozkładzie jazdy go nie drażniło. Patrzył właśnie na tablicę, gdy literki zaczęły się przewracać i koło czarnego napisu „Wrocław Główny 12.15” pojawił się nowy świecący kontrastowym czerwonym kolorem: „Opóźniony 20 min.” Sebastianowicz odruchowo spojrzał na swój zegarek, podniósł torbę z ziemi i poszedł do poczekalni. Poczuł głód. W tej samej Sali, gdzie mieściły się twarde ławki i niewygodne kompakty do siedzenia, pod jedną ze ścian znajdował się dworcowy bufet. Podszedł do lady i tam zamówił zgrzaną parówkę. Dostał ją na tacce z papieru. Uśmiechnął się do siebie. - Prosz. - Kwiknęło do niego wielkie babsko w krzywym czepeczku na szczycie blond trwałej, zamiast włosów. - Dziękuję. - Odparł i poniósł swoją tłustą, jak ocenił, parówkę, na doda-tek z niemałym przydziałem musztardy, którą blond barowa piękność wylała mu na tackę paprząc jednocześnie meritum dania. - „Boże! Ciekawe, gdzie jeszcze można tak dostać podane żarcie”. - Mruknął z ironią do siebie. Postawił tackę na stole i wrócił do lady po sztućce. Stały w wielkim kubku koło kasy, chyba możliwie najstarszego typu. Diabelskie urządzenie hałasowało głośniej od tych pociągów przejeżdżających co chwilkę przez perony za oknem. Wrócił z tępymi i giętkimi „narzędziami tortur” i zaczął rozrywać kiełbaskę, bo kroić się nie dało. Było gorzej, niż wyglądało. Nie skończył obawiając się, że będzie płacić za ten cud kulinarny przez cały dzień, albo dłużej. Zdecydował, że będzie wracał na peron. Rozmyślał po drodze. „...Co dalej robił ten gość od Sethan, skoro pierwszym wiadomym krokiem był ruch stosunkowo bezpośredni wobec Rostowicza? Nie chce mi się wierzyć, żeby potem nie ciągnął swego działania tylko po odwodzie. Teraz na pewno znowu uderzy bezpośrednio, o ile już tego nie zrobił...” Co to mogło by być? Pomyślmy...” Pociąg podjechał i zrobiło się nagle tłoczno. Dopchał się jakoś do drzwi, ale z niewielkim udziałem własnym. Tłum w zasadzie poniósł go do wejścia sposobem trudnym do ogarnięcia samym rozsądkiem i pewno tylko jemu pojętą logiką. Praktycznie ludzie go wsadzili do pociągu. Jedyne, co pozostało mu wybrać, to siedzenie wewnątrz wagonu. Po prostu wyskakując w odpowiedniej chwili z potoku ludzi przelewających się przez przejścia między siedzeniami. Tak też zrobił. Wybrał całkiem nieźle. Siedziały tu już dwie kobiety i nastolatek ze słuchawkami w uszach, usiadł koło niego. Chłopak czytał książkę i nawet nie zwrócił na niego początkowo uwagi. To było typowe sciance-fiction. Sebastianowicz podejrzał okładkę i tytuł: - „Wspomagatorzy”. Prawie się zaśmiał w głos. Zdusił reakcję w sobie, parsknął jedynie do siebie. - „Woland...” Chłopak spojrzał na niego. Usłyszał. Najpewniej na tą chwilę miał przerwę w między utworami. Wyjął jedną słuchawkę z ucha i zwrócił się do niego: - ...Proszę? - Nic, tak do siebie tylko. Tamten spojrzał w okno za Sebastianowicza i kiwnął głową. - Aha - i wrócił do lektury. „...Nie sądzę, żeby go atakował tak bezpośrednio, to nie ten typ. Był zbyt ciekawy, co się przytrafiło Rostowiczowi, wtedy mógł z miejsca zadziałać frontalnie. Benet leżał bezbronny i nawet gdyby przeżył, to by nikt nie wiedział, kto to go zaatakował. Bez świadków, bez śladów i sprawa z głowy... ...Może być też tak, że gość lubi się bawić ofiarą. Tylko że Benet nie jest ofiarą... ...Czyli nie, to odpada. Jeżeli coś zrobi, to będzie to pośrednie, ale tym razem być może to coś bardziej utrudniającego życie. Możliwe, że zniszczy kogoś lub coś, na czym Benetowi będzie zależało. Tak, to będzie to. Odciągnie Beneta w ten sposób od zadania jednocześnie przysparzając sobie czasu, a jemu kłopotów...” © by benetobi |2006-10-22 11:46:56| skomentuj (0) |
|
||||||||